Wakacyjny Pobyt w Polsce cz.7 (i ostatnia)

Nadszedł czas, aby zakończyć zaczętą wiele miesięcy temu serię wakacyjnych wpisów – w końcu mamy już kwiecień, a ja tu wciąż opisuję zdarzenia z sierpnia!

Wakacyjne podróże kończą się wyprawą na największy w Polsce festiwal  – czyli na Woodstock.
Po przyjeździe z Zawiercia (i okolic) wstawiłem pranie, przepakowałem się i wyruszyłem w dalszą podróż.
Muszę przyznać, że powątpiewałem w fakt, że uda nam się ze znajomymi cokolwiek zorganizować – wiele kwestii typu namioty zostało załatwianych bardzo późno (co było wyśmiewane już w Zakopanem 😀 ), ale ostatecznie się udało – mieliśmy nawet własnoręcznie zrobioną flagę z herbem Świdnicy!

Dzień 1

W dzień wyjazdu, wyjechaliśmy do Wrocławia wcześnie, bo o 5 rano, tak aby zdążyć na pociąg do Kostrzyna (w woj. Lubuskim, stolicy „czerwonej kapusty”). Niestety odnowiony Dworzec Główny chyba nie chciał, aby pałętały się po nim hołdy hołoty – odjazd odbywał się więc z położonego dosyć odlegle od centrum, dworca Nadodrze. Krótko mówiąc – wsiedliśmy do pociągu na minutę przed odjazdem – oczywiście wcześniej trzeba było zakupić bilet – bez niego nie można było się przedostać, bo drogę zagradzały służby porządkowe – to się nazywa dbanie o bezpieczeństwo! Żeby było śmieszniej – po zakupie biletu, nie dostałem go, bo czym prędzej wepchano mnie do wagonu.

A w samym pociągu… apokalipsa! Ludzie siedzieli gdzie się dało – między przedziałami, na podłogach, na sobie! Udało nam się znaleźć jakieś miejsce w przejściu, rozpoczynając przy tym 6-cio godzinną podróż do Kostrzyna nad Odrą (tak – 6-cio godzinną, mimo że to tylko ~300 km!).
Czas mijał powoli, umilaliśmy go sobie popijając trunki oraz obserwując podróżnych – niektórzy nie bawili się w jakieś ceregiele – od razu zaczęli ostro pić zasypiając w połowie drogi – niegłupie.
Nagle zjawiła się kontrola biletów. Co jak co, ale w takich warunkach mogliby już sobie darować, jednak moja postawa do konduktorów zmieniła się, gdy okazało się, że miła pani, która nie dała mi wcześniej biletu, wyciągnęła go z kieszeni. Słowa uznania należą jej się także za to, że radziła sobie w pociągu pełnym dziczy idealnie – nie dość, że była miła dla wszystkich, to na dodatek skakała po ludziach (i ich bagażach) ubrana w spódnice i buty na obcasie. Wiara w ludzkość przywrócona!
Po czasie stwierdziliśmy, że picie piwa to jednak był zły pomysł – udaliśmy się do toalet, do których ciągnęły się kolejki na kilka przedziałów. Po odczekaniu 30 minut można było z niej skorzystać. Dla odważnych mężczyzn (i tylko dla nich) roztwierano drzwi pociągu, przez które można było wystawić „interes” i w owy sposób załatwić potrzebę. Nasz kolega, który udał się do drugiej toalety, nie miał tyle szczęścia jeśli chodzi o czas oczekiwania – przez ponad godzinę stał w kolejce, która w ogóle się nie ruszała w żadnym kierunku.

Po wyczerpującej podróży, masy ludzi wysypały się z pociągu, w tym i my. Tarabaniąc się z plecakami wypełnionymi alkoholem (swoją drogą, w moim plecaku eksplodował żel do mycia, sprawiając, że wszystko się pieniło), namiotami I JEBANYM MASZTEM NA JEBANĄ FLAGĘ Z HERBEM ŚWIDNICY, miało się tylko ochotę rzucić to wszystko w kąt i po prostu iść. Festiwal nie odbywał się w samym centrum miasta czy co – trzeba było do niego dojść i to niezły kawał. Wszystkie sklepy w mieście były pozamykane (widocznie ludzie uciekali od apokalipsy), a co kilkanaście metrów człowiek natykał się na służby porządkowe.
Po długiej drodze przez las, w końcu ujrzeliśmy miejsce docelowe – nieźle się zaskoczyłem, gdy zobaczyłem, że sam festiwal odbywa się przy drodze krajowej, która na jego czas, jest całkowicie wyłączona z ruchu.

Znaleźliśmy miejsce namiotowe, gdzie zaczęliśmy się rozporządzać. Trzeba przyznać, że mimo tego iż festiwal zaczynał się dopiero w dniu następnym, ludzi było już multum, przez co było już dosyć ciasno. Po oporządzeniu się, udaliśmy się na wycieczkę krajoznawczą. Wszystkie sceny były już ustawione, toalety jak i sanitariaty również. Budki z jedzeniem oraz piwem także, jednak jak na razie były wyłączone z użytku. Największe wrażenie zrobił na mnie wybudowany na paletach Lidl, do którego panowały ogromne kolejki, ze względu na to, że ludzi wpuszczano grupami. Jako iż nie posiadał on żadnego monitoringu – przed wejściem trzeba było zostawić torby. Trochę radykalne rozwiązanie, ale co zrobić. Sklep miał rozmiar jak każdy inny i można w nim było dostać wszystkie niezbędne produkty (oczywiście prócz alkoholu). Życie ratowało przede wszystkim pieczywo i woda, ale także lody na te szaleńcze upały. Obsługa na kasach bardzo szybko ogarniała tłumy ludzi. Do zakupów dodawano gustowne papierowe torby.

Nie będę opisywał każdego najdrobniejszego szczegółu z każdego dnia – skoncentruję się na najważniejszych wydarzeniach i występach poszczególnych zespołów.

Dzień 2

Drugi dzień, czyli oficjalne rozpoczęcie festiwalu zaczęliśmy od udania się do „Akademii Sztuk Przepięknych” (ASP) na rozmowę z prezydentami Niemiec i Polski – Joachimem Gauckiem i Bronisławem Komorowskim. Obyło się bez większych incydentów, aczkolwiek niektóre osoby zabierające głos, reprezentowały dosyć radykalne poglądy (feministki i ochroniarze przyrody). Jednego osobnika wywalono za szmaty na zewnątrz.
Po spotkaniu, gdy prezydenci mieli przejść przez tłum, ochrona brutalnie uformowała korytarz między ludźmi przewracając co poniektórych. Aha, czyli tak postępuje się z normalnymi obywatelami…
Po ASP przyszedł czas na oficjalne otwarcie na Dużej Scenie. Wraz z krótką przemową Jurka Owsiaka, festiwal oficjalnie można było uznać za otwarty!

Pierwszy koncert miał zaszczyt zagrać Vavamuffin. Zdziwiłem się, że członkowie zespołu są już tacy… starzy, tj. na pewno nie byli młodzi. Mimo wszystko grali jak najbardziej przyzwoicie i skocznie – człowiek sam się rwał do bujania. Ale jak powszechnie wiadomo, tak to już w reggae bywa.

Między Vavamuffinem , a kolejnym zespołem było trochę przerwy – poszliśmy więc po piwo, z otwartych już budek Carlsberga. Ciekawostka – za zakupione piwo można było dostawać różne souveniry takie jak nieśmiertelniki, czy opaski na rękę.

Kolejnym zespołem był Happysad. Yhh, także ten… Nie darzę zespołu zbytnią sympatią – kojarzą mi się oni z takim „cukierkowym” klimatem – ich piosenki o miłości epatują w wiele słodkich opisów „do porzygu”. No i jeszcze ten wokalista – taki uśmiechnięty i wesolutki tititiriri.

Po Happysadzie przyszedł czas na Hardcore Superstar – nikt nie oczekiwał, że będzie to coś ciekawego, ale jakże się wszyscy zdziwili, gdy zaczęli grać miły dla ucha hard rock. Do tego wokalista i jego zabawianie publiki swoimi sztuczkami z piwem.

Nadszedł czas na gwiazdę wieczoru, czyli zespół Ministry. Gwoli ścisłości – zespół ten dla mnie skończył się w roku 2004, kiedy to wydał ostatnią nadająca się do słuchania płytę – później zaczął grać „szybciej/głośniej/mocniej” nie pozostawiając po swoich industrialowych korzeniach prawie nic,  szpecąc swój wizerunek marną odmianą thrash metalu. Aby było śmiesznie, zakończył on swoją działalność w 2008, po to aby powrócić „ku chwalę” w 2012 – pewnie liderowi (okropne straszydło z niego, ze względu na piercing w każdym możliwym miejscu na twarzy) zaczęły się kończyć pieniądze, więc reaktywował sobie zespół ot tak o. Cały koncert czekałem aż przestaną grać te thrashowe dziadostwo i przejdą do „bisów” w postaci piosenek z lat ’90. Nie zawiodłem się! Warto było usłyszeć „N.W.O.”, „Thieves”, „Just One Fix”, czy absolutnego killera w postaci „So What”.
W tym momencie byłem spełniony. Powróciliśmy więc do namiotów, gdzie zaczęliśmy picie za pierwszy udany dzień koncertów. W tle przygrywał Damian Marley i inne, co doskonale widzieliśmy z naszego obozowiska – ot plus rozbicia namiotu na górce.

Dzień 3

Drugiego dnia koncertów, jako że byliśmy jeszcze w miarę trzeźwi, tj. dnia poprzedniego nie chlaliśmy niewiadomo ile, postanowiliśmy udać się na oddawanie krwi, które miało znajdować się „gdzieś w pobliżu”.
Koniec końców, znajdowało się prawie kilometr od festiwalu, na terenie jakiś fabryk – oczywiście nikt nie wiedział jak tam się dostać.
Ostatecznie doszliśmy do miejsca docelowego, gdzie ku naszemu zdziwieniu dużo osób honorowo oddawało krew!
Załatwiliśmy wszystkie formalności, dokonaliśmy spustu w warunkach polowych, zjedliśmy przysługującą nam grochówkę, zabraliśmy czekolady i wróciliśmy do namiotów.
Co do czekolad – te topiły się za dnia, ze względu na wysoką temperaturę w namiotach, a w nocy powracały do pierwotnego stanu skupienia, tylko że dużo bardziej powykręcane.
Pierwszy koncert tego dnia odbywał się dosyć późno, więc pokręciliśmy się trochę, poszliśmy na piwo/jedzenie (wszystkie potrawy obowiązkowo z czerwoną kapustą).

Po południu przywitaliśmy The Analogs, którzy zagrali naprawdę energiczny koncert. Co się dziwić, skoro przy takich hitach jak „Era Techno” człowiek sam się rwie do baunsowania, machania głową i darcia mordy.

Do tej pory byliśmy jak najbardziej pozytywnie nastawieni, co do festiwalu i doznań z niego płynących. Nadszedł czas na wydarzenie, które skutecznie popsuło nam humory – czyli koncert zespołu Machine Head.
O tak, niezbyt lubię ten zespół, ale to co się działo na Woodstocku przeszło ludzkie pojęcie.
Po pierwsze, zespół zaliczył kilku(nasto) minutową obsuwę. No ale ok. Jak już zaczęli grać, to wśród publiczności wybuchła taka euforia (?), że co chwilę ktoś latał nad głowami, leżał na ziemi, lub był brutalnie gnieciony przez innych, ze względu na apokaliptyczne pogo, jakie panowało wśród tłumu.
Sam zespół nie popisał się – gitarzysta/wokalista miał problemy z nagłośnieniem – jego dźwięk zanikał przy niektórych wstawkach, a ogólnie jego granie brzmiało, jakby ktoś włożył cegłę do pralki. Perkusista podobnie. Wszystko ginęło więc w jednym wielkim pierdolniku, co najwyżej mogącym spowodować krwawienie z uszu.
Gdy dowiedziałem się, że w tym samym czasie na innej scenie Farben Lehre dało ponad 2,5 godzinny koncert, byłem po prostu bardzo wkurzony. Elementem ratującym ten koncert okazał się ktoś z tłumu, krzyczący po nim: „To zgromadzenie jest nielegalne – proszę się rozejść!”.

Skorzystaliśmy z przerwy, aby iść do namiotu po cieplejszy ubiór i wódeczkę na rozgrzanie.
Udaliśmy się z powrotem na koncert Luxtorpedy, czyli wg. mnie najlepszy koncert na festiwalu pod względem muzycznym. Niechętnie przyznaje, że przed Woodstockiem znałem ich tylko z jednej piosenki (oczywiście „Autystyczny”), ale zmieniłem to jak najszybciej, gdy wróciliśmy już do domu.
Sam koncert obfitował w ciekawe „zwroty akcji”, jak i świetny kontakt z publiką (mimo że ta była ogromna).

Na samym końcu danego dnia (czyli już w nocy), w taneczny nastrój wprawiał nas zespół Shantel.  Co tu można powiedzieć oprócz tego, że nie spodziewałem się, że będę tak dziko szalał, przy gorących rytmach disco (czy co to był za gatunek?). Koncert skończył się około 4.00. Udaliśmy się do namiotów, gdzie dokańczaliśmy konsumpcję wódeczki podziwiając wschód słońca, którego nie było 😦

Dzień 4

Dzień czwarty, czyli trzeci i ostatni dzień koncertów również rozpoczął się leniwym przedpołudniem. Niestety w porównaniu do poprzednich dni, pogoda zaczęła harcować – pojawiła straszna ulewa tworząc na terenie całego festiwalu ogromne błoto. Dla ludzi z odpowiednim obuwiem to żadna przeszkoda – ja musiałem radzić sobie w trampkach, w których miałem nogi owinięte w worki foliowe.

O 18.50 na Dużej Scenie zagrały Elektryczne Gitary. Mimo że nie znałem niektórych piosenek, nie obyło się bez takich hitów jak „Ona jest pedałem”, „Wszystko chuj”, czy „Killer”. Świetna zabawa gwarantowana.

Po koncercie udaliśmy się na Małą Scenę, na której zazwyczaj grali mniej znani wykonawcy. Trafiliśmy na zespół zwący się Rust grający hard rock przypominający dokonania Guns N’ Roses, czy Motley Crue. Było energicznie – była moc, która skutecznie rozruszała tonącą w błocie publiczność.

Gdy występ się zakończył, poszliśmy z powrotem pod Duża Scenę, gdzie odbywał się koncert zespołu The Darkness. W sumie nie wiem co to miało być, ale pamiętam, że wokalista miał niesamowity głos, wytwarzający niewyobrażalne piski.  Oprócz tego rzucał się w publiczność – więc na plus.

Woodstockowe koncerty warte zobaczenia zakończył Sabaton. W sumie zespół w żadnym wypadku nie dla mnie, doceniam jednak ich zainteresowanie historią Polski, której motywy wykorzystują w swoich piosenkach. Mimo wszystko, byłem zachwycony koncertem pod względem ogólnego „feelingu”. Wokalista miał idealny kontakt z publicznością, która to zachęcała go do spożywania kolejnych piw. Oprócz tego prezentował swoje talenty w posługiwaniu się polszczyzną, co bardzo dobrze mu wychodziło.
W trakcie jednej z piosenek, nad głowami publiczności rozpostarła się wielka flaga polski – to dopiero widowisko, które możecie podziwiać poniżej.

Powrót

Następnego dnia wstaliśmy odpowiednio wcześnie, aby się złożyć i spakować. Wiele osób już się wyniosło do tego czasu, więc na polach namiotowych zaczęły panować pustki, wypełniane przez stosy śmieci. Krążą historie o ludziach zostawiających namioty i o zbieraczach puszek zarabiających astronomiczne kwoty na samym Woodstocku. Zaczęliśmy naszą wędrówkę do stacji kolejowej, na której już roiło się od innych niemrawych uczestników festiwalu. Kolejki do kas biletowych były ogromne, jednak ostatecznie udało nam się kupić bilety. Pozostało tylko czekać na odpowiedni pociąg. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że „Poznań to idealne miasto na dalsze połączenia”.
Gdy „maszyna śmierci” nadjechała, czym prędzej zaczęliśmy się pchać, aby zając jakiekolwiek miejsca siedzące – udało się! Mimo faktu posiadania miejsc siedzących, podróż powrotna mijała o wiele gorzej niż poprzednio – w wagonie było okropnie duszno, pociąg co chwilę zwalniał, a jak jechał to robił to tak jakby chciał, a nie mógł.
Co jak co, ale mieliśmy przynajmniej wesoły wagon – jadąca z nami śląska ekipa sprawiała, że nikt się nie nudził i ciągle było wesoło.
Jednakże, humory psuli problematyczni ludzie, którzy zamknęli się w jednej z dwóch (na cały pociąg) toalet, uniemożliwiając innym dostęp. Dopiero po jakimś czasie nasi kultowi konduktorzy (ci sami z dojazdu) zrobili z tym porządek.

Ciekawostką było, że na każdej stacji stała obfita obstawa policyjna – w Głogowie była to ekipa wyposażona w tarcze i strzelby. We Wrocławiu obyło się bez takich, ale służby porządkowe i tak były obecne.

Szczęśliwie wróciliśmy do domu. Pierwsze co zrobiłem to wrzuciłem wszystko, co się dało do prania, po czym wziąłem kąpiel, odkrywając, że mam doszczętnie spalone plecy.

Podsumowując – pierwszy w moim życiu Przystanek Woodstock okazał się niesamowitym przeżyciem. Anegdotami i opowiadaniami z niego można byłoby wypełnić dużo więcej stron, ale o tym może kiedy indziej.
Jeśli chodzi o samo wydarzenie to było ono idealnie zaplanowane –  problemów (wbrew pogłoskom) z załatwianiem potrzeb fizjologicznych (ach te Toi-Toie), myciem się (trzeba tylko pamiętać o klapkach i wężu ogrodowym!) nie ma, a wybudowany na potrzeby festiwalu Lidl „ryje banie”!
Atmosfera całego festiwalu jest bardzo przyjazna – ludzie są pomocni, nie dochodzi  do wybuchów agresji, czy tym podobnych.
Nie można także zapomnieć o różnorodności granej muzyki, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie, lub pozna całkowicie nowe rytmy.

Na Woodstocku na pewno jeszcze zawitam – i wydaje mi się, że będzie to więcej niż jeden raz 😉

Reklamy

Wakacyjny Pobyt w Polsce cz.6

Po długiej przerwie – zakończenie przygody w  Tatrach.

Uziemieni

Kolejny dzień przywitał nas niemiłą niespodzianką – nasze rzeczy (w tym buty) nie wyschły przez noc. Wykluczyliśmy przy tym jakąkolwiek możliwość udania się w dalszy teren. Zdecydowaliśmy się zdobyć trochę mniejszy szczyt – Nosal, na który podejście było nie do końca przystępne. Dodajmy do tego jeszcze brak stosownego obuwia, co zaowocowało bieganiem po skałach w trampkach, yay – szybko doszliśmy do wniosku, że nie był to do końca dobry pomysł. Osiągając szczyt (cóż za dwuznaczność) i napawając się widokiem, patrzyliśmy jak pogoda się pogarsza, wraz z nadejściem złowieszczych chmur.
Nie pozostało zatem nic innego jak wziąć się w garść i zejść na dół. Wyszliśmy koło kolejki na Kasprowy, gdzie zrobiliśmy przerwę na kolejne zdjęcia. Przed samą kolejką wiła się ogromna wataha ludzi, którzy czekali godzinami (nawet ponad pięć) na wjazd na szczyt. Pchanie się tam jeszcze tego samego dnia nie miało w ogóle sensu – wiedzieliśmy, że jeśli chcemy zaliczyć „Kasprowy” musimy przyjść dnia następnego. Oczywiście, z samego rana…

Obok kolejki stała interesująca tablica informacyjna, strasząca babolem „vievpoint”. Cóż, nie każdy musi idealnie władać językiem angielskim… Jako że, wciąż byliśmy uziemieni z powodu obuwia, zdecydowaliśmy się, że w owy wieczór urządzimy grilla w ogródku naszego ośrodka.
Zaczęliśmy więc odpowiednie zakupy na wieczór = udaliśmy się na poszukiwania alkoholu. Gdzie najlepiej szukać alkoholu? Oczywiście w dyskoncie. Szybkie rozeznanie w mapach ukazało nam, że najbliżej znajduje się sklep, reklamowany przez pewnego owada.
Udaliśmy się we wskazane miejsce, a tam naszym oczom ukazał się hotel… w którego piwnicy znajdował się owy sklep!
Cóż, już wtedy było wiadomo, że to raczej chybiony pomysł – kto by chciał, aby w jego piwnicach sprzedawano alkohol. Tak też było – w samym sklepie panoszyło się dużo ludzi – jednak ostatecznie alkoholu nie było. Z pomocą przyszedł nam „Tata Paweł” (= tata Mateusza), który o odpowiedni trunek już się zatroszczył. Czas mijał, nadszedł wieczór.
Siedzieliśmy zatem w ogrodzie, grillując i ogólnie miło spędzając czas.
Wtem, zorientowaliśmy się, że nie mamy ani keczupu, ani musztardy.
Godzina była już dosyć późna, więc mogliśmy zapomnieć o tym, że zajdziemy do jakiegoś pobliskiego sklepu – trzeba było udać się w dalsze okolice.

W klapkach i ogólnym niewyjściowym stroju udaliśmy się na poszukiwanie w/w utensyliów.
Pierwszym przystankiem okazała się stacja benzynowa. Niestety nie mieli na niej musztardy (a to Ci heca).
Zapuszczaliśmy się coraz dalej – przeszliśmy dosyć spory kawałek, zachodząc prawie na Krupówki, gdzie ostatecznie udało się znaleźć czynny sklep.
Przywitani jak wybawcy, przynieśliśmy z powrotem wymagane produkty.
Można powiedzieć, że wieczór został uratowany!
Opowiadając sobie różne historie oraz obficie jedząc, czas mijał przyjemnie. Szybko zrobiło się późno, a na następny dzień była zaplanowana pobudka o piątej, aby zająć dobre miejsca w kolejce na kolejkę na Kasprowy. Nikomu nie paliło się jednak, aby iść spać – w końcu poszliśmy przed drugą, co nie było najlepszym pomysłem, ale kto by się przejmował takimi pierdołami.

Kawalerzy na Kasprowym + miejscowy szpital

Po kilku godzinach, wstaliśmy, rozpoczynając przy tym program na ostatni dzień, czyli wycieczkę na „Kasprowy”. Oczywiście nasze buty wciąż nie wyschły, po tragicznych wydarzeniach sprzed dwóch dni, zmuszając nas do skorzystania z usług kolejki.
Na miejscu okazało się, że nie jesteśmy pierwsi – niektórzy koczowali już wcześniej niż my. W sumie, czekaliśmy około 45 minut, po czym mogliśmy zakupić (dosyć drogie) bilety.
Sam przejazd okazał się bardzo miły – mieliśmy miejsca na samym przedzie. Oprócz tego, jechały z nami dzieci, które siały ogólną panikę w postaci: „O NIE ZARAZ ZAHACZYMY O DRZEWA I SIĘ ROZBIJEMY!”. Widoki z przedniej szyby były naprawdę ładne, jednak to nic w porównaniu z tym, co można było zobaczyć na górze!
Widoki na góry były przepiękne (wyglądały jak bitmapy :D), niebo było nieskazitelnie czyste, przez co wszystko wydawało się niesamowicie wyraziste i „żywe” (więc to jest ten tak zwany real life!).
Chciałem się podzielić swoją radością, wykonując telefon do mamy. Ta jednak zgasiła mnie, mówiąc: „co mi dzwonisz – w pracy jestem”…

Zeszliśmy trochę w dół szlaku, podziwiając przeróżne jeziora, oraz szukając gór, pomiędzy, którymi znajduje się Morskie Oko.
Podziwialiśmy idyllę, leżąc sobie spokojnie na polanie, nie przejmując się niczym – na dodatek było tak ciepło!
W końcu trzeba było się jednak ruszyć i przerwać ten rajski stan – wracając z powrotem do kolejki, spotkaliśmy po drodze dwóch chłopaków, z których jeden miał „wieczór” kawalerski w Zakopanem. Ciekawy pomysł na spędzanie owego – nie powiem.
Mieli oni ze sobą wiele alkoholu oraz plastikowych kubków, którymi bardzo chętnie chcieli się podzielić. Wiadomo że w takich sytuacjach się nie odmawia, z czego też skorzystaliśmy (co później okazało się błędem dla niektórych!). Pożegnaliśmy miłych panów, życząc im miłego pobytu.
Idąc tak z pełnymi kubkami w górę szlaku, wywoływaliśmy powszechne zniesmaczenie wśród turystów, który reagowali na nas mniej więcej w taki sposób: „Ta dzisiejsza młodzież! Tylko wódkę pije!”.
Wróciliśmy do kolejki, którą zjechaliśmy na dół. Udając się z powrotem do kwatery, stwierdziliśmy, że nie jesteśmy w stanie jakkolwiek funkcjonować, dlatego idziemy spać. Po drzemce, udaliśmy się na miasto, niestety bez Mateusza, który narzekał na złe samopoczucie (nic nie zwiastowało jeszcze nadchodzącej tragedii).
Po zjedzeniu sycącego i taniego obiadu (wydałem na niego swoje ostatnie pieniądze), udaliśmy się na poszukiwania znaczków pocztowych do kartek.

Oto praktyczna rada: znalezienie znaczków pocztowych w Zakopanem jest niemożliwe w sobotę! W ten dzień dostępne są one tylko na poczcie, która oczywiście pracuje kilka godzin. W tysiącach innych kiosków, znaczki są sprzedawane pod jednym warunkiem: „tylko z kartkami zakupionymi tutaj”, co oczywiście rodzi sytuację: kiosk z brzydkimi kartkami, ale ze znaczkami oraz kiosk z ładnymi kartkami, ale bez znaczków.
Niestety nie udało nam się wykonać zadania – kartki zostały wysłane kilka(naście) dni później… ze Świdnicy.
W drodze powrotnej do ośrodka, dostaliśmy niepokojący telefon: stan Frycza się pogorszył, przez co, musieliśmy się udać do apteki po zakup odpowiednich lekarstw typu SMECTA (której każdy jest fanem).
Na miejscu, gdy chcieliśmy zaaplikować mu dany środek, okazało się, że nie chce on z nami współpracować – kto to widział – pyskujące zwłoki!
Dialogi wyglądały w taki oto sposób:

„Zjedz chleb” – „NIE”

„Napij się wody” – „NIE”

„Proszę, napij się Smecty – to pomoże” – „NIE”

„Rzygnij sobie” – „NIE”

Smutno patrzeć, jak człowiek się stara i spotyka się z taką dezaprobatą. Ostatnim obiektem, jaki zwiedziliśmy w Zakopanem był… szpital. Stwierdziliśmy, że skoro pacjent nie chce współpracować, wytoczymy ciężki arsenał.
Na miejscu, po wypełnieniu formalności, udaliśmy się do izby przyjęć, w której zasiadali sami zdrowi ludzie (przynajmniej tak wyglądali).
Czas oczekiwania dłużył się niemiłosiernie, a choremu się nie polepszało. Wywołaliśmy trochę sensacje i oburzenie, kiedy to stan Mateusza znowu się pogorszył, co pewna pani podsumowała tymi oto słowami: „MATKO BOSKO, CO TO ZA SZPITAL – PACJENCI WYMIOTUJĄ DO REKLAMÓWKI!”. Po tym wypadku narobił się raban, przez co „nie wiedzieć czemu”, nagle pojawił się lekarz, który zaopiekował się naszym chorym. Po jakimś czasie wszystko się ustabilizowało. Podjechaliśmy jeszcze do apteki po potrzebne medykamenty i wróciliśmy do pokojów.
Układając chorego do snu, stwierdziliśmy, że mamy jeszcze alkohol i jedzenie. Co robimy w takim wypadku? To oczywiste – Zaczynamy party ze zwłokami w tle! Tak wiem, to dosyć wredne, ale chyba nie można pozwolić, aby reszta produktów się zmarnowała – poza tym, Fryczu nie musi o tym wiedzieć… Ups!

Powrotu czas

W niedzielę oficjalnie, porzuciliśmy plan udania się do term ze względu na… brak funduszy (ta jasne…) i rozpoczęliśmy podróż powrotną do Zawiercia.
Po kilku godzinach byliśmy już na miejscu. Poodwoziliśmy wszystkich do domów, a potem sami, wzięliśmy się za oficjalną projekcję zdjęć z tego tygodnia. Było ich od groma (jedno gorsze od drugiego), ale idealnie dokumentują ten niesamowicie spędzony czas.
W poniedziałek, nadszedł czas, aby pożegnać się z tymi okolicami – w ten oto dzień wracałem do Świdnicy.
Było mi naprawdę smutno, na dodatek trochę się wzruszyłem, kiedy to na stacji, czekał na mnie „komitet pożegnalny”.
Czas spędzony w Zakopanem zaliczam do niezwykle udanych. Nie tylko ze względu na malownicze tereny, jakie dane mi było zobaczyć, ale także za ogólną atmosferę – kto by pomyślał, że uda nam się tak dobrze spędzić czas, mimo że dwie osoby poznałem dopiero w dzień wyjazdu (lub krótko przed). Jeden z wyjazdów życia – proste.
Podobna wycieczka jeszcze na pewno będzie miała miejsce – w końcu trzeba zdobyć Giewont i to udokumentować!

To nie koniec wypraw – Świdnica, to krótki przystanek przed kolejnym wydarzeniem…

Wakacyjny Pobyt w Polsce cz.5

Przyjazd

Nie spodziewałem się, że wycieczka do Zakopanego okaże się jednym z najwspanialszych przeżyć w moim życiu. Ale po kolei.
Wszystko zaczyna się we wtorek, gdzie już prawie spakowani, dokonywaliśmy ostatnich przygotowań do wyjazdu. Na kilkanaście minut przed, poznałem nowego towarzysza podróży – Kacpra (w czas). Wraz z Mateuszem zajmowali się przepakowywaniem, bo jak się okazało Kacper dobrze wyposażył się w zapasy jedzenia, które trzeba było gdzieś poupychać. W tym czasie ja zadbałem o to, aby iPhone Mateusza, był przygotowany na taką wyprawę, mając w sobie samą najlepszą muzykę. Chyba mu się to nie spodobało. Zwarci i gotowi, zaczęliśmy pakowanie do auta, które pękało w szwach od ilości bagaży i podróżnych. Szczęśliwie wyruszając, odebraliśmy jeszcze Olgę, która jako że wsiadała ostatnia, miała największego pecha, bo musiała trzymać bagaż pod nogami, buahaha. Przy okazji znała mnie lepiej, niż ja ją, co na początku powodowało u mnie dyskomfort. Na dodatek, widziała mnie w stanie Zombie sprzed tygodnia.

No ale…

Szczęśliwie mknąc przez szosy, udało mi się przysnąć, przyspieszając przy tym trochę nudną podróż. Na kultowej „Zakopiance” oczywiście doszło do korków, przez co bardzo dokładnie mogliśmy czytać przydrożne bilbordy, śmiejąc się z ich głupoty, przy okazji natykając się na hotel do sprzedania po „okazyjnej cenie”, który każdy z nas, z chęcią dodałby do koszyka. W końcu dojechaliśmy do naszego apartamentu. Wypakowaliśmy auto, rozporządziliśmy się w pokojach i z przykrością stwierdziliśmy, że w naszym pokoju bardzo słabo łapie Wi-Fi, co sprawiło, że morale spadły.

Aby nie tracić czasu, wyszliśmy na pierwszą wycieczkę krajoznawczą, udając się na Wielką Krokiew. Wejście na nią było w miarę przyjemne, a widoki niczego sobie. Schodząc udaliśmy się na rekonesans centrum, czyli Krupówek. W drodze na nie, powstało kultowe zdjęcie o tytule „Najgorsze zdjęcie Giewontu ever”, które z dumą Wam prezentuję. Przeszliśmy Krupówki do samego końca, zrobiliśmy małe zakupy spożywcze, wróciliśmy do kwatery, po czym udaliśmy się do jadłodajni. Zrobiliśmy kolejne zakupy, w trochę większym sklepie, nad którym znajdował się mega ciucholand, który poszukiwany był przez wszystkich, jednak tylko nieliczni mogli się do niego dostać – ze względu na „ukryte” wejście.

Wyposażeni w różnorakie „soczki”, mogliśmy przystąpić do wieczornego programu, który składał się z różnych gier i zabaw integracyjnych, w tym m.in. karcianych. Do dzisiaj nie wiem jak się gra w pokera, ponieważ nie wiem jakie kombinacje kart występują -przynajmniej starałem się udawać, że wiem co robię. Nieskutecznie.

Gdy siedzenie na zewnątrz nam się znudziło wróciliśmy do pokoju, gdzie kontynuowaliśmy zabawy, tym razem za pomocą Scrabbli. Pierwszy, integracyjny dzień minął jak najbardziej pozytywnie.

Gubałówka & okolice

We wtorek zaczęło się prawdziwe zwiedzanie tzn. chodzenie po górach. Nasze podbijanie szczytów zaczęliśmy od Gubałówki. Pogoda dopisywała, więc zrezygnowaliśmy z kolejki i zaczęliśmy wspinaczkę. Mimo wszystko, na drodze było dużo błota oraz ordynarne dzieci w wieku szkolnym – tak zwane kwiaty narodu. Na górze, znaleźliśmy miejsce, aby na chwilę przycupnąć i uzupełnić energię popijając piwo (jak paliwo) podziwiając przy tym szybko poruszające się chmury zasłaniające resztę gór. Napojeni udaliśmy się w dalszą drogę. Szybko jednak okazało się, że zboczyliśmy trochę ze szlaku…

Nie zdecydowaliśmy się jednak na zawracanie, bo oto naszym oczom ukazała się piękna polana, z której widać było resztę gór oraz… KWIATY. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego – można wręcz powiedzieć, że przeszlibyśmy obok nich obojętnie – jednak jak ktoś rzucił hasło „ZRÓBMY SOBIE ZDJĘCIA” machina ruszyła… W trakcie kilkunastu minut powstało wiele zdjęć, na których widać, że nie do końca wszystko jest z nami w porządku. Każdy pozował ile mógł, będąc fotografowanym z każdej możliwej strony. Po pozowaniu i zrobieniu zdjęć nadających się na okładki „Vogue” ruszyliśmy w dalszą drogę, która prowadziła przez jakieś wiochy. Niby nic ciekawego, ale w jednej z nich można było spotkać ciekawy przybytek zwący się „Klasztor Adoratorek Krwi Chrystusa” – wystarczyło szybko skojarzyć fakt, że „krew = wino” i od razu można było sobie wyobrazić, co za libacje odbywają się w środku.

Droga z powrotem była dosyć długa, ale niezwykle satysfakcjonująca, po tym jak będąc już po drugiej stronie, przystanęliśmy na chwilę spoglądając na miejsce (i kwiatki) skąd przyszliśmy. Po drodze natknęliśmy się na nieogarnięte stado owiec, które wyglądało, jakby miało wpaść do potoku – ostatecznie obyło się jednak bez takich emocji.

Wędrówkę zakończyliśmy pod Wielką Krokwią, gdzie udaliśmy się na posiłek, który składał się z ogromnych porcji ŻARŁA – wszystko ledwo co mieściło się na plastikowych talerzach! Najedzeni i w dobrych humorach udaliśmy się do ośrodka, gdzie przygotowywaliśmy się na wieczorny program, który wyglądał podobnie, jak w dniu poprzednim.

Morskie Oko

Dzień trzeci to swoisty punkt kulminacyjny całej wycieczki – wtedy miała miejsce wycieczka nad Morskie Oko.

Po wczesnej pobudce, udaliśmy się na przystanek autobusowy, gdzie wpakowaliśmy się do małego busika, który zawiózł nas na miejsce docelowe. Ciekawym widokiem było skrzyżowanie, na którym zaczynała się już słowacka granica. Docierając na miejsce, przywitał nas ogrom ludzi pchających się do kas biletowych (wejście na szlak jest płatne). Po wejściu na szlak, leniwi mogą skorzystać z przejazdu wozem z końmi, aż nad samo Morskie Oko – jednak nie oszukujmy się – w końcu to „droga jest celem”, dlatego lepiej iść.  Skoro już o drodze mowa – trzeba przyznać, że była ona bardzo przyjazna turystom – asfalt i lekkie wzniesienie przez cały czas – mało to przypomina góry, ale nie ma co narzekać – było przyjemnie.

Aby czas płynął jeszcze szybciej, umilaliśmy go sobie dyskusjami na tematy wszelakie ( „Studenci domagają się dostępu do gór i morza jednocześnie”) lub ogólnym naśmiewaniem się z ludzi – w szczególności z dzieci. Po kilkudziesięciu minutach wędrówki zrobiliśmy pierwszy postój na zdjęcia. Niby nic specjalnego, ale ostatecznie przestaliśmy tak ponad 40 min (ach, ci artyści), fotografując wodospady, z których płynie mleko (więcej w zdjęciach). Ogólnie mieliśmy idealną pogodę na wędrówkę – jak na razie – nie było ani za zimno, ani za ciepło. Na dodatek panowało zachmurzenie.

W końcu, po ponad dwóch godzinach wędrówki, doszliśmy na miejsce.

Już na początku zostałem przytłoczony niewiarygodnym widokiem – nie spodziewałem się, że to miejsce okaże się aż tak piękne – woda była niesamowicie przejrzysta, a ogólne wrażenie niesamowite. Nie pozostawało więc nic innego, jak tylko przycupnąć na kamieniu i porobić sobie zdjęcia na tle tej idylli. Po dłuższej chwili napajania się widokami,  postanowiliśmy ruszyć naprzód – prosto nad Czarny Staw.

W drodze do niego, można było zobaczyć gromadkę „RUSSIAN GIRLS” w obcisłym odzieniu oraz w butach na szpilkach, robiących sobie zdjęcia na kamieniach, przybierając przy tym najróżniejsze pozy. Damn, wiele można by się było od nich nauczyć – nasze słit focie z rąsi wyglądały przy nich jak amatorszczyzna.

Wejście na Czarny Staw było strasznie toporne, obfitujące w wiele kamienistych przeszkód oraz pokracznie poruszających się ludzi. W międzyczasie porzuciliśmy wszelaką nadzieję, na odwiedzenie Doliny Pięciu Stawów w tym samym dniu – tak to jest, jak ma się ze sobą dwóch fotografów 😀 Co mogliśmy robić jak już doszliśmy na Czarny Staw – odpowiedź jest prosta – jeszcze więcej zdjęć! Spędzając tak miło chwile, podziwialiśmy Rysy oraz fotografowaliśmy kaczki.

Jeśli chodzi o Rysy – pierwotny plan wycieczki zakładał, że się na nie udamy, jednakże kilka tygodni przed naszym wyjazdem, spadła lawina, porywając ze sobą łańcuchy. Wejść można jakoś było – na własną odpowiedzialność, na co się jednak nie porwaliśmy – może kiedy indziej. Gdy nazbieraliśmy wystarczającą ilość dowodów – tj. narobiliśmy zdjęć z rąsi – udaliśmy się w dalszą drogę, obchodząc Morskie Oko na około. Po drodze fotografowaliśmy kolejne wodospady oraz tworzyliśmy „zdjęcia końca świata” (do zobaczenia w galerii).

Powoli zaczęliśmy schodzić na dół. Nic nie wskazywało na to, co miało zaraz zajść – jakoś w połowie drogi z Morskiego Oka, złapała nas ulewa – i to nie byle jaka. Zaczęło się niewinnie, bo od burzy. Ta jednak szybko zamieniła się w deszcz, lejący się potokami. Na drodze szybko zapanowała powódź – woda obficie chlupała między nogami. Szybko doszło do tego, że moja „niby przeciwdeszczowa” kurtka przemokła, sprawiając że mój podkoszulek szybko zaczął się do mnie kleić. Po butach można się było wiele spodziewać, ale kto liczył na takie cuda, jak zatrzymywanie potoków wody – szybko również w nich pojawiła się woda, dopełniając obrazu nędzy i rozpaczy.

Jako że i tak nie można się było nigdzie schronić, pozostało nam iść przed siebie. Przy samym końcu drogi nagle przestało padać. Przystanęliśmy na chwile przy ławce, aby oszacować straty – wygrałem, jeśli chodzi o ilość deszczu, jaką w siebie wchłonąłem, natomiast Kacper miał pecha, jeśli chodzi o sprzęt fotograficzny, który „trochę” przemókł = po otwarciu aparatu, wylała się z niego woda – sytuacja wyglądała nieciekawie. Po wyciśnięciu ubrań wróciliśmy do stacji z busami. Wsiedliśmy do odpowiedniego, gdzie dostaliśmy worki na śmieci pod dupska, aby nie przemoczyć tapicerki.

Z powrotem w kwaterze, jak najszybciej ściągnęliśmy z siebie przemoczone ciuchy i wystawiliśmy je do suszenia (które ostatecznie okazało się nieskuteczne…). Wystawiając ciuchy na balkon, poznaliśmy sąsiadów, którzy go z nami dzielili. Trzeba powiedzieć, że byli to naprawdę ciekawi ludzie – małżeństwo z dwójką małych dzieci. Ich pobyt w Zakopanem polegał na spaniu i przebywaniu na balkonie – jak kto woli, w końcu z górskiego powietrza można korzystać wszędzie. Jeszcze większym hitem okazały się ich dzieci – Od samego rana można było słuchać kwiatków typu: „Magda, nie bij brata!”, lub „Maciek, wypuść siostrę z szafy!”. Mili państwo nie ma co – ciekawe, czy byli świadomi (= czy słyszeli), jak bardzo urozmaicali nam nasze rozmowy.

CDN.

W następnej części m.in.: Kasprowy Wierch („O nie! Rozbijemy się!”) oraz wizyta w Zakopiańskim szpitalu („Co to za szpital – pacjenci wymiotują do reklamówki!”), a także przygotowania do powrotu…